Do 5 grudnia w krakowskiej Pauzie można oglądać wystawę "Historia polskiego rocka... na fotograficznej kliszy", na którą składają się prace Marka Karewicza i Michała Wasążnika. Nam Karewicz opowiedział między innymi o swojej miłości do muzyki jazzowej, niechęci do aparatów cyfrowych i... wróżbie, która nie pozwoliła mu pojechać do Ameryki Południowej.
Maciek Stankiewicz: Co było pierwsze – miłość do muzyki czy do fotografii?
Marek Karewicz: To przyszło dokładnie równocześnie! Chodziłem do wspaniałej szkoły fotograficznej w Warszawie na ulicy Spokojnej, gdzie mieliśmy także orkiestrę symfoniczną. Teraz takie rzeczy rzadko się zdarzają. Prowadził nas pan profesor Kolasiński, którego miejsce przejął Skrowaczewski i stworzył Młodzieżową Orkiestrę Symfoniczną. Kolasiński wziął mnie na obóz do Bodzentyna – to taka niewielka miejscowość niedaleko Warszawy - i tam, w pełnym 20-osobowym składzie, orkiestra grała muzykę poważną. Pojechał ze mną między innymi Waldek Kurpiński, który był klarnecistą, a ja grałem na kontrabasie. Pewnego dnia, w czasie przerw między próbami, graliśmy utwory jazzowe. Oczywiście grałem na basie pizzicato, a nie smyczkiem. Profesor Kolasiński zobaczył to i powiedział: - Karewicz, ty mi nie rób z obozu muzyki poważnej restauracji! Gdzie jest twój smyczek?
- Panie profesorze, jest w futerale. Wielcy amerykańscy muzycy jazzowi nie grają smyczkiem.
- Ach tak, to w takim razie wynoś się do domu, ja tutaj nie potrzebuję klezmera – usłyszałem.
Kurpiński ujął się za mną i powiedział, że skoro Karewicz wyjeżdża, to on też. Stanęliśmy na dworcu kolejowym i kupiliśmy "Sztandar Młodych". Na pierwszej stronie była informacja, że nazajutrz w Sopocie rozpoczyna się II Festiwal Jazzowy. Powiedziałem: Waldek, ja nie jadę do domu. Nie wypadało mi się przyznać, że wyrzucili mnie z obozu, więc postanowiłem, że pojadę do Sopotu. Waldek nie chciał ze mną jechać. Miałem wtedy przy sobie siedem złotych i po prostu wsiadłem do pociągu.
W Sopocie poznałem praktycznie wszystkich: Komedę, z którym się serdecznie zaprzyjaźniłem, i całą czołówkę polskich jazzmanów. Mając tych siedem złotych najpierw poszedłem do Józefa Balceraka, który był pierwszym naczelnym redaktorem pisma "Jazz", a on mnie odesłał do Bronka Balickiego, dyrektora biura prasowego festiwalu. Powiedziałem mu, że jestem z "Po prostu", które za czasów szkolnych publikowało moje zdjęcia, i on mi dał kartę wstępu na wszystkie koncerty. Co ciekawe, spałem na plaży koło Grand Hotelu, w koszu, który miał numer 604. W Sopocie spędziłem uroczy tydzień. Pogoda była wspaniała, towarzystwo też, i tak się zaraziłem muzyką jazzową.
Moim profesorem w szkole fotograficznej był Marian Dederko, jeden z najwybitniejszych przedwojennych portrecistów, który nauczył mnie absolutnie wszystkiego i do dzisiaj kadrowanie dzięki niemu mam zaszczepione podskórnie. Wtedy też grałem. Jeździłem na skuterze, trzymając jednocześnie kontrabas, co było strasznie niewygodne, więc wkrótce zamieniłem instrument na trąbkę. Założyłem zespół Six Boy Stompers, z którym graliśmy na balach w warszawskich szkołach. Jako trębacz zostałem zaproszony do Programu III Polskiego Radia, gdzie nagrałem cztery utwory. Dali mi ten materiał, przesłuchałem go, wyszedłem przed budynek i dotarło do mnie, że to, co zarejestrowałem, było zupełnie bez sensu. Wziąłem tę trąbkę i sprzedałem ją kibicom, którzy szli na mecz Legii.
Słowa kluczowe: Marek Karewicz, fotografia koncertowa
Teksty powiązane:







